SYNDROM STENDHALA | Tymek Borowski, Maja Drosik, Łukasz Jastrubczak, Szymon Kobylarz, Tomasz Kowalski, Kris Lemsalu, Tomasz Mróz, Dominika Olszowy, Anna Orłowska, Tarwuk, Radek Szlaga, Paweł Śliwiński, Zorka Wollny

13.11 - 05.12.2014
 
Kilka dni przedtem próbowałam się powiesić.

Kiedy matka wyruszyła rano do pracy, wyciągnęłam jedwabny sznur z jej żółtego szlafroka kąpielowego i siadłszy na łóżku wzięłam się do robienia pętli. Czynność ta zabrała dużo czasu, ponieważ nigdy mi to dobrze nie szło, a już szczególnie nie miałam pojęcia, jak zrobić solidną pętlę.

Potem zaczęłąm szukać jakiegoś haka.

Kłopot polegał na tym, że nasz dom ma zupełnie nieodpowiednie sufity do takich poczynań. Są niskie, białe, gładkie, bez belek i bez haków na lampy. Z nostalgią myślałam o domu babki. Sprzedała go przed kilku laty i przeniosła się najpierw do nas, a potem do ciotki L.

Dom jej zbudowany był w pięknym, dziewiętnastowiecznym stylu, miał wielkie pokoje, mocne haki od żyrandoli, duże wnęki, wyposażone w solidne szyny do zasłon, jak również strych, do którego nigdy nikt nie zaglądał. Były tam kufry, klatki na papugi i krawieckie manekiny. Sufit skonstruowany był z belek, grubych jak żebra statku..

Był to bardzo stary dom i odkąd babka go sprzedała, nie znałam już nikogo, kto mieszkałby w podobnym budownictwie..

Przez dłuższy czas snułam się w poszukiwaniu sposobu na zamocowanie sznura, który zwisał mi z szyi jak żółty ogon koci, ale nic z tego nie wyszło. Na koniec przysiadłam na brzegu łóżka matki i zaczęłam zaciskać pętle rękami.

Ale kiedy zaczynało mi szumieć w uszach, kiedy krew uderzyła mi do głowy, ręce mi słabły i opadały, i zaraz znowu czułam się doskonale.

Zorientowałam się, że moje ciało wypowiedziało mi wojnę i że ma na mnie różne sposoby. Moje ręce słabły na przykład w kluczowym momencie i w ten sposób ciało moje ratowało się raz po raz od zagłady. Gdybym mogła sobie z nim dać radę, dawno już byłoby po wszystkim.

Postanowiłam więc zaskoczyć moje cielsko, mobilizując w tym celu całą, pozostałą mi jeszcze inteligencję, bo zrozumiałam, że w przeciwnym razie zostanę w tej idiotycznej pułapce na dalszych dobre pięćdziesiąt lat, a to nie miałoby żadnego sensu. Zdawałam sobie sprawę, że ludzie już się orintują, że nie mam piątej klepki, i że prędzej czy później – mimo, że matka usiłuje być bardzo dyskretna – bez większego trudu przekonają ją, żeby mnie oddała do zakładu dla umysłowo chorych, pod pretekstem, że tam mnie może wyleczą.

Ale mój wypadek był nieuleczlany.

Nabyłam w drugstorze kilka kieszonkowych wydawnictw na temat chorób umysłowych, porównałam moje symptomy z symptomami opisanymi w książkach i wszystko się zgadzało. Moja choroba nie nadawała się nawet do leczenia.

Poza brukowcami byłam w stanie czytać jedynie i wyłącznie książki z dziedziny psychopatologii. Nic więcej. Było tak, jak gdyby w umyśle moim pozostała już tylko wąska smuga inteligencji. Pewnie po to, żebym mogła się zorientować, że jest ze mną bardzo niedobrze i sama zrobić z tym koniec.

Nie udało mi się jednak powiesić i zaczęłam się zastanawiać, czy nie skapitulować i zgodzić się na leczenie, ale zaraz przypomniał mi się doktor G. i jego prywatna maszyna do wstrząsów. Jak mnie zamkną w szpitalu, to będą mi mogli robić elektrowstrząsy chociażby co dzień.

Potem zaczęłam sobie wyobrażać, jak to w ogóle będzie. Dzień w dzień odwiedzać mnie będą matka, brat i przyjaciele, dopytywać się czy nie nastąpiła jakaś poprawa. Potem te wizyty będą coraz rzadsze i rzadsze, aż rodzina straci wszelką nadzieję. Zestarzeją się. Zapomną o mnie.

I popadną w biedę.

Z początku będą chcieli dać mi wszystko, najlepszych specjalistów, najdroższe leki, wpakują mnie do prywatnego zakładu, wydadzą na to wszystkie oszczędności. Potem będą musieli mnie przenieść do szpitala stanowego, gdzie chorzy setkami wegetują w klatkach zamknięci w piwnicach.

Bo im bardziej beznadziejny wypadek, tym bardziej ukrywa się ofiarę.

Sylvia Plath


Syndrom Stendhala mimo swej stosunkowo poetyckiej nazwy jest określeniem realnie występujących chorób nerwicowych. Jest to rodzaj zaburzenia , przejawiającego się złym samopoczuciem, zawrotami głowy, przyspieszonym biciem serca, a nawet halucynacjami powstającymi na widok cudownych dzieł sztuki skupionych na małej przestrzeni. 

Statystyki potwierdzają, że występowanie zaburzeń psychicznych pośród artystów jest częstsze niż w innych grupach zawodowych. Co więcej w tym środowisku nie jest to nawet temat tabu. Nasi przyjaciele, współpracownicy chętnie zwierzają się z dotkliwych przypadłości, prześcigają się w coraz to oryginalniejszych odkryciach odstępstw od szeroko rozumianej normy.

Z tej przyczyny środowisko artystyczne bywa określane jako grupa potencjalnego ryzyka w momencie rozpatrywania chorób o podłożu psychologicznym. Należałoby się zastanowić, czy tego typu zaburzenia są wynikiem częstego obcowania ze sztuką, czy też jest ona jedynie katalizatorem ujawniającym określone przypadłości. Nasuwają się pytania: czy sztuka może powodować choroby, czy raczej pomaga artystom sobie z nimi radzić?

Wystawa prezentuje tenże dualizm w postrzeganiu dzieła sztuki – z jednej strony wytworu zaburzonego umysłu uciekającego w świat fantazji, magii i skrywanych marzeń sennych, z drugiej być może sposobu na poradzenie sobie ze skrywanymi wewnątrz nas problemami. W takim wypadku, czy niezły obraz jest tylko domową metodą na poradzenie sobie z chorobami psychicznymi, czy jako taki może stać się przyczynkiem do wywołania choroby u odbiorcy. Stając się tym samym zapalnikiem wywołującym niespodziewany ciąg tragicznych wydarzeń, jak w filmach włoskiego reżysera Argento, gdzie dzieła sztuki prócz pewnego naddatku symbolicznego, wartości estetycznych i intelektualnych, zawierają w sobie dodatkowy ułamek, dzięki któremu oddziałują również w sposób somatyczny na widza? Czy można tak zaprojektować obiekt, by uruchamiał w oglądającym określone reakcje, mogąc jednocześnie wpływać na jego samopoczucie?
 
arrow
 
arrow
 
arrow
 
arrow
 
arrow
 
arrow
 
arrow
 
arrow
 
arrow
 
arrow
 
arrow
 
arrow
 
arrow
 
arrow
 
arrow